W Niemczech polskie rodziny są ofiarami narastającej fali państwowego terroru. Mimo wezwań społecznych i sejmowej komisji, rząd premier Beaty Szydło przez rok tylko pozoruje działania. W tych sprawach polskie rodziny nie otrzymują żadnego wsparcia, także adwokackiego, mimo że nie mają już środków na obronę. Bezkarni niemieccy urzędnicy tracą wszelkie skrupuły w walce o zatrzymywanie w Niemczech polskich dzieci. Wykorzystują je do zarabiania na opiece, a zarazem uznają za przyszłą wartościową siłę roboczą.

Stowarzyszenie Wolne Społeczeństwo prosi o wszelką pomoc, także finansową, w organizowaniu obrony prawnej rodzin w dwu precedensowych sprawach objętych prowadzonymi od początku 2016 r. pracami sejmowej Komisji do Spraw Petycji. Pomimo rozgłaszania rządowej "dobrej zmiany" także w sprawach ochrony polskich rodzin emigranckich, sytuacja polskich rodzin w Europie nie zmienia się. Potrzeba działania staje się dramatyczna.

Osoby znające tę sytuację, także poseł Adam Ołdakowski, sprawozdawca sejmowej komisji, która ją w 2016 r. badała, mówią o poczuciu zawstydzenia polską rządową niemocą:

"Tak niemiecki sąd rodzinny postąpił z dwiema rodzinami, a wiemy, że jest wiele, wiele więcej takich przypadków. Musimy coś zrobić. Kiedy czytałem i zdobywałem więcej wiadomości, było mi wstyd, że w ogóle nie ma na to reakcji. Rozmawiam z przedstawicielem Ministra Sprawiedliwości. Wszyscy oczekują nie wiem na co. Trzeba postawić się na miejscu rodzin, matek. Wobec siły sądownictwa niemieckiego, wobec urzędników, którzy tak brutalnie zachowywali się w stosunku do matek i dzieci, przypomina mi się literatura na temat II wojny światowej. Wszyscy pamiętamy, jak było, kiedy przymusowo germanizowano dzieci polskie i innych narodowości. Czy w ogóle możemy pozwolić na takie przypadki? Naprawdę powinniśmy na to reagować i dbać o polskich obywateli. Po to jesteśmy w Sejmie, po to mamy Konstytucję RP, która zapewnia opiekę każdemu obywatelowi".

Stowarzyszenie Wolne Społeczeństwo od ponad roku domaga się polskiego państwowego wystąpienia do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ze skargami na łamanie praw człowieka przez Republikę Federalną Niemiec. Już w maju 2016 r. w Sejmie, w poselskim sprawozdaniu dotyczącym dwu precedensowych spraw ignorowania przez niemieckie sądy przeprowadzki dziecka do Polski, była mowa o traktowaniu polskich rodzin i dzieci przypominającym niemieckie bestialstwo czasów drugiej wojny światowej.

Sprawy były precedensowe, ponieważ przeprowadzki dzieci do Polski zgodnie z prawem Unii Europejskiej uczyniły polskie sądy właściwymi w orzekaniu o opiece nad nimi, a niemieckie sądy wbrew prawu Unii odmówiły uznania tej właściwości, pośrednio nie uznając w tym zakresie polskiej suwerenności. Polski rząd i ministerstwo sprawiedliwości wciąż tylko obiecywały i obiecują działania, nie udzielając żadnej pomocy pokrzywdzonym rodzinom. W Unii pojawia się zatem nie tyle kwestia państw "dwu prędkości", co raczej państw suwerennych i państw niesuwerennych, podporządkowanych.

Drastycznym i aktualnym dowodem urzędowego bezprawia w Niemczech i w Unii Europejskiej jest sprawa dziecka pani Urszuli M., które w Niemczech zostało porwane matce po napadzie na nią i na jej dziecko dokonanym z pomocą strażaków przez okno jej mieszkania na trzecim piętrze. Matka mająca wyłączną władzę rodzicielską w lecie 2014 r. wyprowadziła się z dzieckiem z Niemiec do Polski zgodnie z prawem, celem stałego pobytu i pracy w Polsce. Formalnie wymeldowała dziecko z Niemiec, po czym powiadomiła niemiecki sąd o wyprowadzce.

Zgodnie z prawem Unii Europejskiej niemieccy urzędnicy i sąd nie mogli od chwili dokonania przeprowadzki wszczynać postępowania sądowego w sprawie jej dziecka poza postępowaniem mającym na celu pośpieszne tymczasowe zabezpieczenie go w czasie, w którym polski sąd nie zdążyłby uregulować sytuacji dziecka. Żeby takie postępowanie wszcząć, trzeba jednak wykazać, że dziecko jest zagrożone i potrzebuje pilnej ochrony, a dziecko pani Urszuli nie było zagrożone. Nie było najmniejszych podstaw zabierania go matce.

Mimo to niemiecki sąd wszczął postępowanie zabezpieczające jesienią 2014 r., gdy matka z dzieckiem przyjechała na parę dni do Niemiec w związku z przedłużającym się załatwianiem spraw mieszkania. Mieszkanie było remontowane, gdy ona przeprowadzała się do Polski. Niemieccy urzędnicy nie mieli czasu uczynić formalnie wszcząć postępowania zabezpieczającego przed zabraniem dziecka. Bali się, że matka może wrócić do Polski dosłownie w czasie paru godzin lub nawet minut, zanim sędzia napisze postanowienie o tymczasowym pozbawieniu jej władzy rodzicielskiej. Dlatego zainscenizowali akcję ratowania dziecka przed wymyśloną w pośpiechu "matką morderczynią". Zorganizowali wielką akcję policji i straży pożarnej, twierdząc, że matka przyjechała z dzieckiem do Niemiec, aby zamordować swe dziecko i popełnić samobójstwo. Zabrali jej dziecko i spustoszyli mieszkanie bez jakiegokolwiek postanowienia sądowego.

Postanowienie o tymczasowym pozbawieniu matki władzy rodzicielskiej sporządził sędzia Klaus Ehrnsperger dopiero po porwaniu dziecka. Kuriozalne postanowienie "tymczasowe" wydane celem ratowania dziecka przed zamordowaniem przez matkę obowiązuję już przez ponad dwa lata. Przez ponad dwa lata dziecko jest pozbawione opieki macierzyńskiej. Sędzia może wykazać jakiejkolwiek nieprawidłowości po stronie matki, ale nie ustępuje, bo wie, że polski konsul, ambasador, rząd za nią się nie ujmą, a matka nie ma poparcia w miejscowej społeczności. Sędzia z pomocą kolegów próbują pozbyć się matki środkami finansowymi. Obciążyli ją nadmiernymi opłatami sądowymi i odmówili pomocy adwokackiej z urzędu. Świadomi tego pracownicy polskiego konsulatu i ambasady ignorują liczne prośby o pomoc dla jej dziecka i dla niej, pochodzące nie tylko od matki, ale i od niemieckiego adwokata i od polskiej organizacji społecznej. Nie sposób w tej sytuacji nie zastanawiać się, jakżeż inaczej mają być traktowane polskie rodzinny w Europie, skoro polskie państwo zgadza się na bezkarność nawet tak ostentacyjnych przestępstw popełnionych na szkodę polskiej rodziny? Kto sam się nie szanuje, temu trudno ubiegać się o szacunek.

Sprawa dziecka pani Urszuli jest oczywista. Być może w Niemczech panują samobójcze nastroje. Sytuacja społeczna w Niemczech pogarsza się, Niemcy ubożeją, są atakowani i prześladowani przez gości z Azji i Afryki, których zaprosili w nadmiarze. Jednak pani Urszula nie tylko nigdy takim nastrojom nie ulegała, nie tylko energicznie porządkowała sobie życie, opuszczając smętny obszar byłej komunistycznej części Niemiec (NRD), lecz przede wszystkim, przewidując pomówienia związane z wyprowadzką dziecka ze strony urzędników walczących z ucieczką europejskich rodzin z Niemiec, zawczasu przedłożyła niemieckiemu sądowi niezależne opinie niemieckich lekarzy psychiatrów o swym w pełni zdrowym stanie ducha. Jeśli takiej osobie można zabrać dziecko pod pretekstem ratowania przed nią jego życia, to samowola niemieckiego sądu i urzędnika w niszczeniu polskiej rodziny jest w praktyce nieograniczona. Swoboda przemieszczania się w Unii Europejskiej staje się zatem fikcją, a Unia Europejska poczyna zmierzać ku standardom "prawa" rodzinnego promowanym w Polsce przez Niemcy w czasie niemieckiej okupacji Polski, w ramach masowego porywania i germanizowania polskich dzieci.

Sprawa dziecka pani Urszuli jest nie tylko skutkiem niemieckiej agresji. Pani Urszula ma wraz z dzieckiem nieszczęście być obywatelką państwa, w którym wiceminister powołany do załatwienia spraw podnoszonych przez organizację społeczną, poświęca swą energię na unikanie spotkania z tą organizacją, i na medialną propagandę sukcesu, który jeszcze nie nadszedł, zamiast niezwłocznie i wprost zażądać od Niemców niezwłocznego zaprzestania prześladowania polskiej rodziny.

Pani Urszula samotnie walczy o dziecko już przez ponad dwa lata. Wyczerpała swe zasoby pieniężne na opłaty sądowe i na adwokatów. Prześladujący ją i jej dziecko sędzia odmówił jej przyznania adwokata z urzędu, choć miała do tego prawo, gdy uniemożliwiono jej podjęcie po przeprowadzce pracy w Polsce. Mimo braku pomocy adwokata broniła swego dziecka sama przed sądem na tyle skutecznie, by uniemożliwić pogorszenie jego sytuacji. Wobec jej rozsądnej i starannej argumentacji niemiecki sędzia Klaus Ehrnsperger w sądzie grodzkim w Dreźnie coraz bardziej rażąco łamał jej prawa procesowe. Odrzucał wnioski dowodowe, nie doręczał pism. W końcu prawdopodobnie skłonił pedagoga na dorobku, Michaela Benjamina, być może groźbą pozbawienia go pracy, o której sędzia decydował, do pobicia pani Urszuli. Niemiecki pedagog pracujący na zlecenie sędziego zmusił polską matkę do przyjścia do jego prywatnego mieszkania, które wbrew wszelkim regułom sam wybrał na miejsce jej spotkań z jej dzieckiem, a następnie ją w tym mieszkaniu pobił w obecności jej dziecka.

Wskutek bezczynności polskiego konsula oraz polskiego ambasadora w Berlinie, sędzia Klaus Ehrnsperger wciąż bezkarnie znęca się nad polskimi obywatelami, dzieckiem i matką. Do przedstawiciela Stowarzyszenia Wolne Społeczeństwo, który wskazywał opublikowaną opinię niemieckiego profesora prawa wyjaśniającą powody niemożności uznawania niemieckich sądów za sądy niezawisłe, dnia 7 grudnia 2016 r., ambasador polski w Berlinie prof. Andrzej Przyłębski pisał w sprawie dziecka pani Urszuli (e-mail): "Mam nadzieję, że rozumie Pan stopień złożoności takich spraw. Cytowanie opinii nt. wyboru sędziów itp. nic tu nie pomoże. Potwierdzam moją wolę zdecydowanego działania w takich sprawach". Minęły cztery miesiące. Wola ambasadora nie została urzeczywistniona.

W dramatycznej sytuacji, wobec bezczynności polskiego ambasadora i rządu, pani Urszula po ponad dwóch latach bezskutecznego oczekiwania pomocy od organów Rzeczypospolitej zwraca się obecnie, w kwietniu 2017 r., o pomoc do opinii publicznej i do mediów. Swoją sprawę przedstawia jako akt oskarżenia przeciwko państwu niemieckiemu w materiale przygotowanym w języku niemieckim, adresowanym do rząd federalnego Berlinie wraz z petycją "Oddajcie dzieci". Jednak opowieść o sprawie swego dziecka kieruje przede wszystkim jako przestrogę do Polaków, opatrując ją polskim tłumaczeniem, ponieważ wie, że niemieccy urzędnicy są w pełni świadomi niemieckiego bezprawia, i nie potrzebują jego kolejnych opisów.

Polskie Ministerstwo Sprawiedliwości wciąż powołuje się tymczasem na swe zaangażowanie w sprawę okrutnego porwania w Niemczech w lecie 2016 r. ze szpitala polskiej matce dziecka, malutkiej Lenki, tuż po narodzinach. Sprawa Lenki była przedmiotem szczególnego zainteresowania polskiej stacji telewizji i prasy. W sprawie Lenki niemiecki sąd uległ naciskowi opinii publicznej wyrażanej w Internecie i naciskowi dwu ekip polskich telewizji, które przybyły do jego sali rozpraw. Niemiecki sąd oddał dziecko, ale zmusił zarazem szantażem polską rodzinę do wycofania z sądu zarzutów przeciwko niemieckim urzędnikom, którzy bezprawnie porwali polskie dziecko.

Wiceminister Michał Wójcik wielokrotnie opowiadał dziennikarzom o wysiłkach ministerstwa w tej sprawie, choć w rzeczywistości wsparcia w niej udzielało w istocie nie ministerstwo, lecz udzielali w osobistych wystąpieniach w polskiej telewizji on sam oraz minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Natomiast urzędnicy ministerstwa sprawiedliwości kierowani faktycznie przez sędziego Leszka Kuziaka, nie tylko nie pomagali polskiej rodzinie, ale za plecami ministra i wiceministra w skandaliczny sposób spróbowali porwać Lenkę matce z wykorzystaniem polskiego sądu rodzinnego, do którego po wyśledzeniu miejsca pobytu dziecka i matki, kierowali bezprawnie żądania sprawdzenia, czy nie udałoby się pozbawić matki w Polsce władzy rodzicielskiej.

Od czasu porwania dziecka w sierpniu 2016 r. do kwietnia 2017 r. polska rodzina wraz ze Stowarzyszeniem Wolne Społeczeństwo bez skutku prosi ministerstwo sprawiedliwości o pomoc w staraniach o pociągnięcie niemieckich urzędowych porywaczy malutkiej Lenki do odpowiedzialności przed niemieckim sądem. Polskie ministerstwo odmawia pomocy w postawieniu przed sądem w Niemczech urzędników winnych porwania dziecka. W czasie rządowej bezczynności rozzuchwaleni Niemcy przygotowali atak na kolejne polskie niemowlę. Kolejna polska rodzina musiała uciekać z Niemiec. Tak wygląda w praktyce rodzinnej Unia Europejska dla Polaków. Gdy kierowana formalnie przez ministra sprawiedliwości polska prokuratura odmawia postępowania w sprawie udokumentowanych zarzutów postawionych sędziemu Leszkowi Kuziakowi i jego pomocnikom w ministerstwie sprawiedliwości, to można się poważnie zastanawiać, czy minister kieruje ministerstwem i prokuraturą, czy raczej jest w nim ledwie tolerowany jako symbol demokracji, który na co dzień stanowi dla urzędników niepotrzebną ozdobę ministerstwa.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik jako polityk chwali się swymi rozmowami z niemieckimi urzędnikami w Berlinie, które nie przynoszą i nie przyniosą efektów. Wiceminister unika wejścia w spór z Niemcami, ignorując porady specjalisty, twierdzącego, że: "Z Niemcami trzeba umieć rozmawiać, w oparciu o uniwersalne prawa człowieka, nie unikając żadnych trudnych tematów" 1. Został powołany na stanowisko ministerialne z zadaniem zapewnienia ochrony polskim rodzinom za granicą, gdy potrzebą ochrony zajęła się publicznie sejmowa Komisja do Spraw Petycji na podstawie wniosków Stowarzyszenia Wolne Społeczeństwo z 2015 r. Komisja sejmowa formalnie wystąpiła do rządu o ochronę polskich rodzin za granicą.

W połowie czerwca 2016 r. wiceminister spotkał się z posłami i przedstawicielem stowarzyszenia w ministerstwie sprawiedliwości, aby przygotować konkretne działania ochronne. Jednak oczekiwane po spotkaniu przez posłów i stowarzyszenie działania rządowe nie zostały podjęte. Po paru miesiącach bezczynności wiceminister Michał Wójcik całkowicie zerwał kontakt ze stowarzyszeniem. Od czasu publicznego ujawnienia przez przedstawiciela Stowarzyszenia Wolne Społeczeństwo listopadzie 2016 r. w obecności wiceministra w programie TVP "Warto rozmawiać" bezprawnej działalności w ministerstwie sędziego Leszka Kuziaka i jego pomocników, wiceminister i jego współpracownicy odmawiają jakiegokolwiek kontaktu ze stowarzyszeniem, w szczególności udziału rozmowach telewizyjnych lub radiowych z osobami działającymi w stowarzyszeniu. Oczywiście każdy polski polityk wie, że ogromne medialne niemieckie wpływy kapitałowe w Polsce mogą zniszczyć politykowi karierę, nawet jeśli nie ma on w swym życiorysie nic do ukrycia.

Dnia 19 lipca 2016 r. w obecności przedstawicieli rządu sejmowa Komisja do Spraw Petycji wskazała rządowi potrzebę działania następującymi słowami: "Komisja do Spraw Petycji zwraca się do Pani Premier o kompleksowe zajęcie się przez Rząd problemem ochrony praw dzieci - obywateli polskich w sytuacjach, gdy na skutek decyzji władz obcego państwa mają one ograniczone możliwości kontaktu z rodzicem lub są tego kontaktu całkowicie pozbawione. Proces rozwoju dziecka nie może być zakłócony poprzez brak możliwości utrwalania tożsamości narodowej. Komisja zwraca się również o podjęcie działań mających na celu skuteczną ochronę praw rodzicielskich w sytuacjach, gdy w sposób nieuzasadniony zostają pozbawiani możliwości kontaktu ze swoimi dziećmi. Komisja wyraża nadzieję, że w tych działaniach zostaną uwzględnione sugestie Komisji przedstawione w niniejszym dezyderacie".

Pani premier i panowie ministrowie przez rok nie znaleźli czasu na rzeczywiste zajęcie się problemem. Wiceminister Michał Wójcik albo był tak zajęty przekonywaniem dziennikarzy, że problemem się zajmuje, że nie mógł rzeczywiście nim się zajmować, albo nie zdołał pokonać oporu urzędników w ministerstwie sprawiedliwości, często sędziów wbrew zasadzie rozdziału władz, którzy w najlepsze rozwijają współpracę ze swymi odpowiednikami za zachodnią granicą, a polityków traktują jako marionetki służące im do poprawiania relacji społecznych i do uspokajania obywateli pozorowaniem demokracji. Trudno spodziewać się innego stosunku wpływów, gdy jedna tylko urzędniczka (Marzena Kruk) z departamentu ministerstwa sprawiedliwości zatrudniającego także sędziego Leszka Kuziaka, specjalistę do spraw pomocy w zabieraniu dzieci polskim rodzicom z Polski, potrafiła z dwoma kolegami ukraść działkę w Warszawie o wartości 160 milionów złotych, a największa w Sejmie partia otrzymuje w tym czasie na całą kadencję sejmową dotację w wysokości ledwie połowy tej kwoty. Posłowie mówią o "korporacji" urzędników. To największa i najsilniejsza polska partia, w istocie jedyna prawdziwa partia polityczna w Polsce. Dla jej członków Sejm jest firmą rozrywkową obsługującą studio nagrań poselskiego "Muppet Show", a nie miejscem podejmowania decyzji.

W marcu 2017 r. do sejmowej Komisji do Spraw Petycji ponownie skierowano wniosek Stowarzyszenia Wolne Społeczeństwo o uchwałę Sejmu wskazującą potrzebę polskiego państwowego wystąpienia do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ze skargami na łamanie praw człowieka przez Republikę Federalną Niemiec. Roczna bezczynność rządu, który nawet w dwóch prostych sprawach łamania praw polskich matek, dokładnie przedstawionych Komisji do Spraw Petycji, sprawie Bena, dziecka pani Urszuli M. i sprawy Julianka, dziecka pani Ewy (imię zmienione), nie podjął jakichkolwiek działań wobec Republiki Federalnej Niemiec, jest wystarczającym uzasadnieniem podjęcia przez Sejm uchwały o potrzebie rozważenia przez rząd podniesienia w trybie skarg państwowych zarzutów przeciwko terrorowi stosowanemu w Republice Federalnej Niemiec przez urzędników przeciwko polskim rodzinom. Julianek i jego matka są ofiarami wyjątkowego draństwa niemieckich sędziów i urzędników. Mimo potęgi niemieckich mediów w Polsce, polski Sejm wciąż jeszcze może odważyć się na zalecenie rządowi przynajmniej rozważenia takich skarg. Warunkiem jest jednak poparcie obywateli dla takiej inicjatywy, które zrekompensowałoby posłom nieprzychylność niemieckiej prasy lokalnej w Polsce. Posłowie bardzo troszczą się o swój ponowny wybór.

Dlatego Stowarzyszenie Wolne Społeczeństwo prosi każdego, kto uznaje potrzebę ochrony polskiej rodziny w Unii Europejskiej, o wszelką pomoc, także finansową, w organizowaniu obrony prawnej przynajmniej dwu rodzin w precedensowych sprawach objętych już 2016 r. pracami sejmowej Komisji do Spraw Petycji. W obu sprawach polski rząd formalnie odmawia wszelkiej pomocy finansowej w opłacaniu adwokatów, choć naruszenia praw matek niemieckimi odmowami przyznania im pomocy adwokackiej z urzędu wskazywał przedstawicielom rządu poseł sprawozdawca Adam Ołdakowski.

Stowarzyszenie Wolne Społeczeństwo prosi o wpłaty na pomoc prawną w obu tych sprawach na konta bankowe obsługiwane przez Fundację Wolne Społeczeństwo, dla Bena pod numerem: PL36 1750 0012 0000 0000 3596 4436 (SWIFT/BIC: RCBWPLPW), i dla Julianka pod numerem: PL39 1750 0012 0000 0000 3596 4479 (SWIFT/BIC: RCBWPLPW). Wszystkie wpłacone kwoty wydane zostaną w całości wraz z odsetkami bankowymi na usługi adwokackie lub inne usługi niezbędne w postępowaniach sądowych w celu obrony pokrzywdzonego dziecka. Każde wsparcie może zakończyć dramat rodziny, a zarazem doprowadzić do precedensowego rozstrzygnięcia zwiększającego ochronę wszystkich polskich rodzin w Unii Europejskiej.

  1. K. Czejarek, O wartościach wspólnych, w: Uniwersalne standardy praw człowieka a funkcjonowanie systemów politycznych w dobie wyzwań globalnych, Toruń 2016, s. 97.